Kraj który nie zna inflacji. Gdzie ceny wciąż pozostają na tym samym poziomie co 100 lat temu, a tamtejszy dinar jest wart więcej od brytyjskiego funta. Tymczasem można się jeszcze popluskać w morzu martwym, by móc poczuć się jak gumowa kaczuszka w wannie. Odwiedzić Petrę. I spędzić noc lub dwie na pustyni Wadi Rum, przenosząc się w zupełnie inny wymiar. Tak przynajmniej było kilka lat temu. Teraz widząc oferty biur podróży, boję się, że miejsca te mogły wiele utracić ze swojego uroku.
Przekroczenie granicy syryjsko-jordańskiej nie nastręczyły jakiś nieprzewidzianych, mrożących krew w żyłach wydarzeń, tak więc naszą podróż przez Królestwo Jordanii rozpoczynamy już w Jerash (dawniej Geraza) mieście założonym jeszcze w czasach Aleksandra Wielkiego w IV w p n e . Podobnie jak w większości ruin z tamtego okresu mamy tutaj pięknie zachowany amfiteatr w którym Jordański zespół szansonistów wygrywa nam z radosnym przytupem hymn unii Europejskiej. Są też oczywiście świątynie, kolumny, oraz wszystkie inne niezbędne pozostałości, dzięki którym możemy z podziwem cmoknąć nad czasem minionym, lub wspomnieć z delikatną nutką żalu, że kiedyś to jednak było lepiej.