Geoblog.pl    DNA2007    Podróże    Czymkolwiek bądź, gdziekolwiek śpiąc...3 lata włóczęgi...    Węże i warany
Zwiń mapę
2008
08
sie

Węże i warany

 
Australia
Australia, Lizard Island
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 30754 km
 
Wielka Rafa Koralowa widziana z lotu ptaka to istna paleta przeróżnych odcieni błękitu. Podobno obok Chińskiego muru jest to jedyne miejsce na ziemi widziane z kosmosu. Jeżeli więc ktoś w tym czasie, przypadkiem wypoczywał na orbicie i jakimś cudem zauważył małą, czarną kropkę, która przesuwała mu się przed oczami, to niech wie, że nie była to jakaś tam upierdliwa mucha, tylko my lecący na spotkanie kolejnej przygody.

Jest dokładnie tak jak myślałem. Tych z resortu w ogóle nie widać. Bogacze siedzą zaszyci w swoich luksusach, lub łowią mieczniki na morzu. Sami poza resort nawet nosa nie wyściubią. Mają tutaj swoje plaże, swoje tiule i koronki, więc nic więcej ich nie interesuje.

No i dobrze, bo w ten sposób cała wyspa jest nasza. Nawet śladu ludzkiej stopy nie widać. Zupełnie jak u Robinsona Cruzoe, tylko my i warany. W wodzie już pierwszego dnia widzimy kilku-metrową mantę i olbrzymiego żółwia morskiego, chociaż trzeba też uczciwie przyznać, że rafa przybrzeżna jest mocno zniszczona. Straszne, ale za to ten lazur wody....... niemal nas oślepia. Dotąd takie miejsca widywałem jedynie w prospektach reklamowych, a teraz proszę, mogę biegać po nich na golasa he he, kto by pomyślał.

Na takiej wyspie, czas płynie sobie beztrosko. Słoneczko przypieka, warany wyjadają resztki z obiadu, węże wygrzewają się na ścieżce i kamieniach, codziennie pływamy na innych plażach i włóczymy po okolicy. Jednym słowem sielanka.

Mamy nawet możliwość przenocować w super resorcie, i to za zupełną darmochę, całkowicie przypadkiem.

Otóż: Nieopodal naszej pięknej Lizard Island, wystają z wody jeszcze dwie, zupełnie dzikie wysepki, a tak to już natura poukładała że jak już coś jest dzikie i nieznane, to kusi. No i nas także skusiło.

Na oko jakiś kilometr. Mamy maski, płetwy, więc powinno być ok. Może tam znajdziemy ładniejszą rafę? No i popłynęliśmy. Daleko ta wysepka, nie ma co, ale nie szkodzi. Rafa właściwie taka sama jak i u nas, ani lepsza, ani gorsza. Po wyspie też niewiele pochodzimy. Tylko plaża, reszta odgrodzona jest skałami. Trzeba odpocząć i wracać. Zrobiło się późno. No to chlup do wody i z powrotem. Coś wolno to idzie, za wolno. Zerwał się boczny prąd. Niedobrze. Bez płetw, w ogóle bylibyśmy bez szans. W końcu jesteśmy na otwartym oceanie. Ale ciągnie. Nie ma żartów. Teraz machamy nogami i rękoma tyle, ile tylko mamy sił, ale niewiele to daje. Musimy płynąć w bok, pod prąd, by nie zniosło nas obok wyspy. Ląd ciągle daleko, a prąd pcha nas bezlitośnie w szpony oceanu. Teraz myślimy już tylko o tym, by starczyło nam sił. Jeszcze jakieś trzysta metrów. Na szczęście Dorota jest świetną pływaczką. Mało który facet mógłby się z Nią równać. Dwieście metrów. Bliżej brzegu prąd jakby osłabł, ale płynę już resztką sił. Sto metrów. To już nie daleko, musi się udać. Pięćdziesiąt, trzydzieści. W końcu jest, jest, piasek, plaża. Dzięki Bogu. Słaniam się na nogach. Tylko gdzie my jesteśmy? Zrobiło się szaro, zaszło słońce. Zimno. To nie jest plaża z której wypływaliśmy. Zniosło nas gdzieś indziej. Tylko bliżej, czy dalej? Cholera wie. Zaraz, zaraz. Chyba widać światła resortu, i to niedaleko. Lepiej się spieszyć. Jedna plaża jest odgrodzona od drugiej potężnymi głazami. Ciężko się gramolić, no i ślisko, łatwo skręcić nogę. Koniec. Dalej nie przejdziemy, jest już całkowicie ciemno. Głazy czernieją przed nami, niczym ściana. Zimno. Zaczyna gryźć robactwo. Nocować tutaj? Zjedzą nas żywcem. Światła już naprawdę niedaleko. Decydujemy się jeszcze raz wejść do wody, będziemy płynąć wzdłuż skał, przy brzegu. Mam nadzieję że nic nas nie zje. Nie jest zbyt miło. Czuję jak w pewnej chwili coś dużego ociera mi się o nogę. Może to skała? a może......? Na wszelki wypadek nie wspominam o tym Dorocie.

Powoli, powoli, bez nerwowych ruchów w wodzie wpływamy na plaże resortu, ale mieliśmy przygodę. Razem tworzymy piękną parę, mokra kura z mokrym kogutem. Najwyraźniej wkraczamy w sam środek wystawnej kolacji. Same garnitury i balowe suknie. Nieźle, ale wzbudziliśmy sensację naszymi strojami, aż muzyka zamilkła. Nie wiem czy się śmiać, czy spalić ze wstydu. Tłumaczymy naszą sytuację szefowi ochrony. Musimy zostać na noc. Nasz namiot nie jest daleko, ale o tej porze droga jest niebezpieczna, węże. rano ktoś pokaże nam drogę.

- A czy są tutaj rekiny? - pytamy z głupia frant, administratorkę resortu.

- Ptenty - odpowiada z tym swoim okropnym, australijskim akcentem.

- ???? - Twenty? - ponawiamy pytanie.

- Plenty - sylabizuje.

Aha, to może my pójdziemy już spać?
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (2)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
DNA2007
Dori & Andrzej czyli DNA
zwiedziła 13.5% świata (27 państw)
Zasoby: 258 wpisów258 9 komentarzy9 111 zdjęć111 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróże
17.02.2009 - 17.02.2009